
Pierwsze dni po wyjściu z ośrodka – strach, wstyd i zderzenie z rzeczywistością
Pierwsze dni po wyjściu z ośrodka w połowie 2020 roku były dla mnie jednym z najtrudniejszych momentów w całym procesie trzeźwienia. Był ogromny stres. Był wstyd. Był strach. Nagle zderzyłem się z rzeczywistością, której wcześniej nie musiałem czuć, bo wszystko było zalane alkoholem. Teraz alkohol zniknął, a cały bałagan życia został ze mną – na trzeźwo.
Najbardziej bolała myśl, że teraz to wszystko muszę ponaprawiać sam. Długi, konsekwencje, relacje, decyzje sprzed lat. Wcześniej, kiedy tylko pojawiała się myśl o długach, o problemach, o odpowiedzialności – od razu to zapijałem. Alkohol zabierał wstyd. Zabierał lęk. Zabierał myślenie. Na chwilę. Teraz tego nie było.
Bałem się potwornie. Czy dam radę wyjść z długów? Czy dam radę się nie złamać? Czy tym razem naprawdę się uda? Miałem za sobą wiele prób, wiele obietnic składanych sobie i innym. Zawiodłem mamę. Zawiodłem bliskich. Ale najbardziej bolało to, że zawiodłem samego siebie. I ten lęk wracał jak fala: a co jeśli znowu dam ciała?
Jednocześnie wiedziałem jedno – tym razem upadłem naprawdę konkretnie. Tak głęboko, że już nie było gdzie uciekać. I paradoksalnie właśnie tam, na samym dole, pojawiła się myśl, że mam w sobie siłę, jakiej wcześniej nie czułem. W ośrodku przepracowałem ogrom rzeczy. Traumy, emocje, schematy, mechanizmy ucieczki. Nie wyszedłem stamtąd „naprawiony”, ale wyszedłem wyposażony.
Dostałem narzędzia. Konkretne. Sprawdzone. Takie, które miały mi pomóc dalej żyć na trzeźwo, a nie tylko „nie pić”. I to było dla mnie nowe.
Głód alkoholowy to nie tylko chęć wypicia
Bardzo ważną rzeczą, którą zrozumiałem już na początku, było to, że głód alkoholowy nie zawsze wygląda jak myśl: „napiję się”. Często w ogóle nie chodzi o alkohol jako taki. Głód to męka wewnętrzna. To pustka. To napięcie w ciele. To agresja bez powodu. To poczucie bezsensu życia. To problemy ze snem. To rozdrażnienie. To uczucie, że wszystko jest „nie tak”.
Kiedyś mój schemat był prosty: pojawiają się trudne emocje → piję → chwilowa ulga → jeszcze większy chaos. Teraz wiedziałem, że nie mogę już uciec. Muszę się z tym zmierzyć. Na trzeźwo. I to było przerażające.
Ale jednocześnie wracały słowa terapeutów z ośrodka. Że na trzeźwo dam radę. Że to, co do tej pory zapijałem, jest do udźwignięcia bez alkoholu. Że życie, nawet z całym jego ciężarem, można przejść na trzeźwo. I trzymałem się tego jak ostatniej deski ratunku.
Wiedziałem, że mam przed sobą dużo do przejścia. Dużo bólu, wstydu, konsekwencji. Ale po raz pierwszy w życiu zacząłem wierzyć, że nie muszę już przed tym uciekać. Że mogę to unieść. Krok po kroku. Dzień po dniu.
Dlaczego nie da się trzeźwieć samemu – ludzie ratują życie
Jedną z najważniejszych rzeczy, które realnie pomogły mi przetrwać pierwsze miesiące po wyjściu z ośrodka, była terapia pogłębiona i rozszerzona. Wiedziałem już, że samo „niepiję” nie wystarczy. Uzależnienie nie bierze się znikąd – ono jest odpowiedzią na emocje, traumy, samotność, brak umiejętności radzenia sobie z życiem. I dokładnie tym musiałem się zająć.
Ogromnym wsparciem były mityngi i grupy wsparcia. Tam po raz pierwszy poczułem, że nie jestem sam. Że są ludzie, którzy czują bardzo podobnie. Którzy przechodzą przez to samo. Którzy nie patrzą z góry, nie oceniają, tylko rozumieją, bo sami byli albo są dokładnie w tym samym miejscu.
Świadomie zacząłem szukać nowych ludzi. Nowych znajomych. Nowych przyjaciół. W grupach wsparcia, na mityngach, na terapiach, na forach internetowych. Wiedziałem jedno – jeśli zostanę sam ze swoją głową, to długo nie wytrzymam. Samotność i uzależnienie to bardzo niebezpieczne połączenie.
Z czasem zrozumiałem, jak ogromną wartością jest społeczność ludzi trzeźwiejących, którzy wspierają się nawzajem. Dokładnie z tej potrzeby powstał m.in. fanpage „Nowe Życie Bez Fajek” – miejsce, gdzie dziś jest już kilka tysięcy osób, bardzo aktywna społeczność ludzi, którzy dzielą się doświadczeniem, wspierają w kryzysach i dają realną siłę. To nie jest puste motywowanie. To są prawdziwe historie, prawdziwe emocje i prawdziwa walka o życie bez nałogu.
Bardzo długo bałem się emocji. Nie potrafiłem sobie z nimi radzić. One były zbyt intensywne, zbyt chaotyczne. Dlatego wcześniej je zapijałem. Teraz, na trzeźwo, one wracały ze zdwojoną siłą. I gdyby nie to, że miałem obok siebie trzeźwych ludzi, którzy mówili: „to minie”, „to normalne”, „też tak miałem” – bardzo możliwe, że bym nie dał rady.
Co realnie pomagało przetrwać dzień
Nie było jednego magicznego sposobu. To była kombinacja wielu małych rzeczy, które razem trzymały mnie przy życiu i trzeźwości. Sport stał się dla mnie wentylem bezpieczeństwa. Sporty walki, bieganie, intensywny ruch – wszystko, co pozwalało rozładować napięcie, wyrzucić z ciała agresję i frustrację, które wcześniej topiłem w alkoholu.
Bardzo pomagała muzyka, długie spacery, ale przede wszystkim rozmowa z innym uzależnionym. Kimś, kto rozumiał bez tłumaczenia. Terapia indywidualna dawała mi przestrzeń, żeby rozbrajać to, co siedziało głębiej – schematy z dzieciństwa, poczucie wstydu, niską wartość, strach przed porażką.
Z czasem zacząłem dbać o rzeczy bardzo podstawowe, które wcześniej kompletnie ignorowałem. Sen. Jedzenie. Regularność. Nauczyłem się, że nie chodzę głodny, bo głód fizyczny bardzo szybko uruchamia głód emocjonalny. Zimne prysznice pomagały mi wracać do ciała, do tu i teraz. Uczyłem się, że trzeźwienie to nie heroizm – to codzienne dbanie o siebie, nawet w najprostszych sprawach.
Najważniejsze jednak było to, że nie byłem sam. Nawet jeśli emocje mnie zalewały, nawet jeśli nie umiałem ich jeszcze nazwać ani ogarnąć – wiedziałem, że mam do kogo zadzwonić. I to często ratowało mnie bardziej niż jakakolwiek teoria.
Kryzys po kilku miesiącach – kiedy trzeźwość naprawdę boli
Jeden z najpoważniejszych kryzysów przyszedł do mnie nie na początku, nie na detoksie, nie w pierwszych tygodniach. Przyszedł kilka miesięcy później, około czterech–pięciu miesięcy po wyjściu z ośrodka. Byłem już trzeźwy. Fizycznie w miarę stabilny. I właśnie wtedy zrobiło się naprawdę ciężko.
Nałożyło się na mnie zbyt wiele emocji naraz. Stres, odpowiedzialność, wstyd za przeszłość, lęk o przyszłość. Nie zadbałem wtedy o siebie tak, jak powinienem. Za mało odpoczynku, za mało rozmów, za dużo napięcia. I w pewnym momencie poczułem, że jestem bardzo blisko złamania abstynencji. Nie dlatego, że chciałem się napić. Tylko dlatego, że nie dawałem już rady unieść tego wszystkiego na raz.
Pamiętam, że modliłem się wtedy, żeby się nie napić. Żeby to minęło. Żeby jakoś przetrwać. Głowa krzyczała. Emocje były nie do ogarnięcia. I wtedy wróciłem do jednej, bardzo prostej rzeczy, której nauczyłem się w terapii: nie wszystko naraz.
Nie „już nigdy w życiu”.
Nie „od dziś do końca świata”.
Tylko: dzisiaj nie piję.
A czasem nawet nie dzisiaj. Przez najbliższą godzinę nie piję. Co będzie potem – zobaczymy. Teraz liczy się ta jedna godzina. Kiedy minęła godzina, mówiłem sobie: dobra, jeszcze jedna. I jeszcze jedna. I tak krok po kroku wyszedłem z bardzo głębokiego kryzysu, który mógł skończyć się powrotem do picia.
To podejście uratowało mi trzeźwość. I wiem, że może uratować też innych. Bo to działa nie tylko z alkoholem. Tak samo można podejść do papierosów. Do kompulsji. Do nawyków. Nie myśl o całym życiu. Myśl o tej jednej godzinie.
Jeśli czytasz to i czujesz, że jest Ci ciężko
Chcę, żebyś wiedział jedno: nie jesteś sam. To, co przeżywasz, ma sens. To nie jest słaba wola. To nie jest brak charakteru. To jest proces wychodzenia z uzależnienia i uczenia się życia na trzeźwo – z emocjami, które wcześniej były zagłuszane.
Jeśli potrzebujesz więcej konkretnych, sprawdzonych sposobów radzenia sobie z głodami, napięciem i trudnymi momentami, to w moim e-booku znajdziesz dokładnie takie treści – oparte nie na teorii, ale na doświadczeniu. Bez lukru. Bez motywacyjnych haseł. Za to z realnymi narzędziami, które sam stosowałem.
Jeśli czujesz, że potrzebujesz indywidualnego wsparcia, możesz też skorzystać z konsultacji. Czasem jedna rozmowa z kimś, kto przeszedł podobną drogę, potrafi zrobić ogromną różnicę.
A jeśli na razie jedyne, na co Cię stać, to czytać i wracać na bloga – to też jest w porządku. Każdy krok się liczy. Nawet ten najmniejszy.
Dzisiaj.
Przez tę jedną godzinę.
Dasz radę.

