
Wychodzenie z uzależnienia nie zaczyna się od decyzji. Zaczyna się od zmęczenia. Od takiego zmęczenia, którego nie da się już zagłuszyć alkoholem, papierosem, kolejną obietnicą ani kolejnym „od jutra”. Zaczyna się wtedy, kiedy człowiek ma już dość samego siebie, ale jednocześnie nie ma pojęcia, jak żyć inaczej. I to jest moment, o którym nikt nie chce mówić, bo nie brzmi dobrze. Nie da się go sprzedać w jednym haśle. Nie da się go zmieścić w motywacyjnym cytacie.
Uzależnienie to nie jest problem z alkoholem, papierosami czy inną substancją. Uzależnienie to problem z emocjami. Z ich przeżywaniem, regulowaniem, rozumieniem. To problem z codziennością, z napięciem, z lękiem, z pustką, z nadwrażliwością. Bardzo często osoby uzależnione to ludzie wrażliwi, czujący więcej, intensywniej. Ludzie, którzy nie nauczyli się, jak radzić sobie z emocjami w zdrowy sposób, więc znaleźli sposób, który na chwilę działał. Alkohol, papierosy czy inne używki na początku naprawdę pomagają. Dają ulgę. Ciszę w głowie. Chwilowe poczucie bezpieczeństwa. I właśnie dlatego są tak niebezpieczne.
U mnie to wyglądało tak, że kiedy próbowałem przestać pić, zaczynało się piekło emocjonalne. Wahania nastroju były skrajne. Potrafiłem mieć pięć, sześć wybuchów emocji dziennie. Nerwy, złość, rozpacz, bezradność. Często gryzłem wargi do krwi, chodziłem po pokoju, nie mogłem usiedzieć w miejscu. Nie radziłem sobie z tym, co działo się w środku. Głowa była jak rozgrzana patelnia. Myśli pędziły. Serce waliło. Czułem, że zaraz eksploduję. I wtedy wracało to jedno zdanie: „wypij, to się uspokoi”.
Wielokrotnie mówiłem sobie: „za godzinę przestaję pić”, „od jutra nie piję”, „to ostatni raz”. Modliłem się. Błagałem Boga, żeby mi to zabrał. Płakałem. Obiecywałem. Przysięgałem. I za każdym razem kończyło się tak samo. Nie dlatego, że byłem słaby. Tylko dlatego, że chęć to nie gotowość. Chciałem przestać pić, ale nie byłem gotowy zmierzyć się z tym, co alkohol we mnie trzymał na dystans.
Najgorszym doświadczeniem był system odstawienny. To nie jest „gorszy dzień”. To jest realne zagrożenie życia. Zimne poty, drżenie całego ciała, kołatanie serca, uczucie, że zaraz umrzesz. Lęk bez powodu. Paranoje. Bezsenność przez kilka dób. Organizm krzyczy, bo został pozbawiony czegoś, co przez długi czas regulowało jego funkcjonowanie. Z tego można umrzeć. Serce może nie wytrzymać. Może dojść do drgawek, padaczki alkoholowej, majaczenia. A mimo to ludzie próbują „odstawiać sami”, bo wstydzą się poprosić o pomoc.
I wtedy dzieje się coś, co wiele osób z zewnątrz kompletnie nie rozumie. Człowiek wraca do picia nie po to, żeby było fajnie. Wraca, żeby to się skończyło. Żeby przestać się bać. Żeby przestać czuć. Alkohol i papierosy stają się jedynym znanym sposobem regulowania emocji. Paliłem wtedy paczkę, czasem dwie dziennie. Nie dlatego, że lubiłem. Tylko dlatego, że bez tego nie umiałem funkcjonować.
Bardzo długo żyłem w iluzji kontroli. To największe kłamstwo uzależnienia. „Piję tylko piwa”, „piję tylko w weekendy”, „każdy pije”, „jakbym chciał, to bym przestał”. Kontrola to ściema. Jeśli pijesz codziennie po cztery piwa i uważasz, że to jest kontrola – to nie jest kontrola. Jeśli czekasz cały tydzień na weekend, żeby się napić – to nie jest normalne picie. Uzależnienie nie zaczyna się od ilości. Zaczyna się od funkcji, jaką alkohol pełni w Twoim życiu.
Byłem na terapiach w 2018 i 2019 roku. Jeździłem do ośrodków. Słuchałem terapeutów. Każdy mówił mi, że mam problem. A ja w środku nadal wierzyłem, że „nie jest ze mną aż tak źle”. Jechałem na terapię dla kogoś – dla partnerki, dla rodziny, żeby wrócić do domu, żeby mieć gdzie spać. Nie dla siebie. I to nie działało. Była frustracja, bunt, opór. Bywało, że byłem wyrzucany z domu. Wychodziłem z terapii i wracałem do picia. Bo bycie w terapii to nie to samo, co trzeźwienie.
Przełom przyszedł w 2020 roku. Pojechałem do ośrodka zamkniętego w Pięczewie. Zanim tam trafiłem, byłem w ciągu trwającym pięć i pół miesiąca. Dwa razy trafiłem do szpitala z zapaleniem trzustki. Mój organizm był na granicy wytrzymałości. Najpierw był detoks – dwa tygodnie odtruwania, bo bez tego nie dało się nawet rozpocząć terapii. Byłem już wcześniej na detoksach. Byłem w pasach. Leżałem „na piątym łóżku”. Znałem ten świat.
I wtedy po raz pierwszy pomyślałem bardzo jasno: ja nie chcę umierać. Nie chcę więcej tego piekła. Nie chcę budzić się w szpitalu. Nie chcę żyć w ciągłym strachu. To nie była emocjonalna deklaracja. To była decyzja egzystencjalna. Albo żyję, albo piję. I nie da się połączyć jednego z drugim.
Terapia uzależnień nie wygląda tak, jak ludzie sobie wyobrażają. To nie są miłe rozmowy i motywujące wykłady. To jest ciężka praca nad sobą. Są reguły. Są zasady. Są społeczności terapeutyczne. Są zajęcia grupowe. Są konfrontacje. Bardzo wielu ludzi nie wytrzymuje. Łamią zasady. Wychodzą. Uciekają. Są wyrzucani z ośrodka. To nie jest miejsce dla każdego na każdym etapie. Statystyki są brutalne. Jeśli jeden na kilkaset osób utrzyma rok trzeźwości, to jest sukces.
Na tej terapii wydarzyło się coś, czego wcześniej nie było. Terapeuci we mnie uwierzyli. Rodzina zobaczyła zmianę. Ale przede wszystkim ja sam przyznałem przed sobą, że chcę się leczyć. Że stawiam na siebie. W zdrowym egoizmie. Takim, który mówi: jeśli ja nie zadbam o swoją trzeźwość, to nie będę miał niczego innego. Ani rodziny. Ani pracy. Ani życia.
Musiałem wrócić do swojego dzieciństwa. Do traum. Do braku miłości, bezpieczeństwa, akceptacji. Do emocji, które latami były zalewane alkoholem. To była najtrudniejsza praca w moim życiu. Ale po raz pierwszy była prawdziwa.
Po terapii przyszła samotność. Zniknęli „kumple”. Relacje okazały się pijane, nieprawdziwe. Trzeźwość zmienia perspektywę. Zmienia ludzi wokół. Czasem rozpadają się związki. Czasem małżeństwa. Bo były zbudowane na wspólnym piciu. A bez alkoholu nie ma już wspólnego języka. To boli. Ale to też oczyszcza.
Dziś, po prawie sześciu latach bez alkoholu, wiem jedno: trzeźwość to nie euforia. To spokój. Zasypiam spokojny. Rano pamiętam, co robiłem dzień wcześniej. Nie mam awantur. Nie mam długów. Alkohol nie rządzi moim życiem. Brak alkoholu to mój fundament. Na nim buduję wszystko inne. Jestem ojcem. Jestem synem. Mam przyjaciół – prawdziwych, nie od kieliszka.
Mam problemy. Mam trudności. Ale dziś to są rzeczy do przejścia, a nie do zapicia. Mam zaufanie do siebie. Wiem, że dam radę. Czytam. Rozwijam się. Pomagam innym. Nie dlatego, że chcę na tym zarabiać. Tylko dlatego, że wiem, jak to jest być samemu w uzależnieniu.
Nie uważam się za wyleczonego. Jestem w procesie. I będę w nim do końca życia. Trzeźwość jest na pierwszym miejscu. Nad rodziną. Nad pieniędzmi. Nad pasjami. Nad biznesem. Bo bez niej nie zbuduję niczego.
Jeśli jesteś teraz w miejscu, w którym ja kiedyś byłem – po nawrocie, po kolejnej nieudanej próbie, w zwątpieniu – to nie jest koniec. Nawroty nie przekreślają trzeźwości. Jedna terapia nie zawsze wystarcza. Gotowość czasem przychodzi później. Ale może przyjść.
To jest proces. Ciężki. Długi. Prawdziwy.
I da się go przejść.
———————————————————————————————————————————————————————————-
Chcesz rzucić palenie?
Zachęcam Cię do sięgnięcia po mój ebook, oczywiście bez presji:
„Wyrwij się z nałogu. Oddychaj. Żyj.”
➡ Kup teraz
Jeśli chciałbyś odbyć ze mną konsultację, napisz na maila:
📧 kontakt@nowezyciebezfajek.pl
Nie zapomnij też dołączyć do mojego newslettera, aby być na bieżąco z nowościami na blogu:
➡ Zapisz się tutaj

